Porozumienie

2010-10-30 07:28

W A Room With A View (Pokój z widokiem, E.M. Forster) jest takie zdanie: It is so difficult―at least, I find it difficult―to understand people who speak the truth. (To takie trudne – przynajmniej dla mnie – rozumieć ludzi, którzy mówią prawdę). Rzeczywiście coś w tym chyba jest. Kiedy pragniemy się z kimś naprawdę porozumieć i w związku z tym jesteśmy z nim szczerzy, i ta druga osoba także do niczego się nie zmusza w aspekcie czynu, i mówi tylko to, co faktycznie myśli, starając się rzetelnie to oddać, porozumienie paradoksalnie zaczyna graniczyć z cudem, a przynajmniej przypomina to wszystko bieg z przeszkodami. Każda przeszkoda może je na zawsze pogrzebać, będąc właściwie bolesną, ponieważ stanowi reakcję zupełnie odmienną od naszej, z którą jakoś tam się fundamentalnie nie zgadzamy, a jednak wciąż bywa, że ją chcemy rozumieć i potrafimy rzeczowo uzasadnić. Rozstajemy się dalej nierzadko w ciężkawym milczeniu po takiej (udanej przecież) wymianie prawd, z mózgami zajętymi przetwarzaniem tych drugich, dziwnych dla nas danych. Rezygnacja z tłumaczenia sobie siebie nawzajem i deklaracji nieskończonej cierpliwości i otwartości w tym względzie są wprawdzie proste, ale czy samotność, w którą ostatecznie strącają, jest taka prosta, to nie wiem... Czy można być do siebie wzajemnie przywiązanym poprzez to, czym się ze sobą nie dzielimy? To nas chyba jednak właśnie poważnie dzieli, czego sobie nie mówimy, mimo że to przeżywamy...

Wyszukiwanie

Kontakty

Niech żyje wolność słowa!

Data: 2010-11-12

Dodał: Sofonisba

Tytuł: i co dalej?

Co wynika z takiej prawdomówności, a co z jej braku? W prawdzie, czy nie i tak zostajemy sami ze sobą, podczas, gdy przecież robimy wszystko, by tego stanu uniknąć. Nie chcę przyjaźnić się ze sobą, nie chcę kochać się w sobie, anie ze sobą, nie chcę być moim dzieckiem, ani moją matką, nie chcę być moim ojcem. Więc co dalej, gdy już nastąpi ta cisza, która w obydwu głowach przecież nie jest nigdy głucha... Coś musi być dalej! Dwie osoby w jednym pokoju i jeden pokój z dwiema osobami, dwie głowy z dwiema myślami... Jak to wszystko połączyć? Musi być jakiś sposób!

Data: 2010-11-14

Dodał: mori

Tytuł: Re:i co dalej?

Niestety od siebie uciec się nie da, ale można siebie czymś zająć, co jest może pewną formą pocieszającej ucieczki. I właśnie dlatego mówienie jest moim zdaniem lepsze od niemówienia, bo możesz się zająć informacją, którą ktoś Ci przekazuje. Z takiej prawdomówności wynikają pewnie liczne zdziwienia, oburzenia, niedowierzania, kpiny i inne żale, ale również cenne poczucie, że się zrobiło wszystko, by uniknąć nieporozumień. Podjęło się trud nawiązania porozumienia. I to jest w sumie niestety także wszystko, co zrobić można.

Tymczasem z całkowitego niemal braku tej prawdomówności wynika tzw. święty spokój, który byłabym jednak skłonna traktować jak potencjalnego wroga relacji. Nie ma o co ani na kogo krzyczeć, prawda, tylko że jest to spokój od kogoś drugiego, a nie od siebie i czczych dywagacji na temat tego, co też myśli ten drugi. Podsumowując, po wypowiedzi można myśleć o słowach, które ktoś rzeczywiście wybrał na wyrażenie siebie, a w wypadku braku takowej trzeba myśleć o wielu wielkich niewiadomych, aż wreszcie powstaje wyobrażenie brakującej wypowiedzi i poziom abstrakcji, fałszu właściwie, niebezpiecznie wzrasta. Przywiązanie się do wniosku wyciągniętego w pocie czoła z przypuszczalnie (w 10-30%?) prawdziwej interpretacji cudzego milczenia potrafi być tak silne, jak jest nieracjonalne. A jednak urastają na tym sprawnie odpowiednia postawa i reakcje. Te chwasty jest dopiero trudno wypielić!

Cisza może być życzliwa, lecz kiedy zapadnie złowroga, trzeba ją zazwyczaj przełamać . Inaczej dwie głowy czeka los cokolwiek marny:

a) Co najmniej jedna pomaluje w końcu pokój na czerwono, wybuchając.
b) Co najmniej jedna zgnije w końcu z udręczenia i odpadnie.
c) Co najmniej jedna zobojętnieje w końcu i opuści pokój.

Po co walczyć o to, kto dłużej wytrzyma w cichej udręce? Czy to na pewno chlubne być bardziej zacietrzewionym? Dają za to jakiś medal? Te zawody są ryzykowne. Tylko czasem, dużo rzadziej i trudniej, więc do tego nie zachęcam, lepiej jest wspólnie przeżyć tę ciszę, wspólnie się wypalić, razem milczeć tak długo, aż gniew strawi już sam siebie i wreszcie dwie głowy zmęczone, zniechęcone i znudzone zaczną sobie beznamiętnie komunikować, że idą na zakupy, że wrócą dziś późno, że zrobiły pranie etc., przypomną sobie, że można zadawać pytania i że stęskniły się za rozmową. Padnie jedno, za parę godzin drugie i ostatecznie wszystko wróci z czasem do normy...

P.S. Poza tym trochę zaufania, miłość nie umiera tak łatwo, żeby ją mogły zabić dwa czy trzy ciche dni. Nawet miesiąc nie. Nawet wiele lat nie, "[...] jeżeli miłość jest, jeżeli jest możliwa" (bo jak Ty Przyborę, to mnie przypada Osiecką ;P).