Memento mori > carpe diem

2010-05-26 16:00

Cd.

Pamiętanie o śmierci powinno być jak pamiętanie o wypiekach: ludzkie życie rośnie jak ciasto w piekarniku i tylko od nas zależy, czy będzie niedopieczone, czy się spali, czy też będzie pyszne. Im częściej, lepiej pamiętamy, że umrzemy, tym większe mamy szanse, że dobrze przeżyjemy życie. Tu zaś przypomina się Horacy ze swą jedenastą odą z pierwszej księgi. Tu ne quaesieris (scire nefas) quem mihi, quem tibi/ finem di dederint, Leuconoe […].Vt melius quicquid erit pati! […] Dum loquimur, fugerit inuida/aetas: carpe diem, quam minimum credula postero. (Nie pytaj, Leuconoe, nie wolno wiedzieć, jaki mnie, jaki tobie koniec dadzą bogowie [...].O ileż lepiej znieść, cokolwiek będzie! [...] Podczas gdy mówimy, zawistny czas ucieka: chwytaj dzień, jak najmniej ufna w przyszłość). Przyszłość bowiem, która każdemu bez wyjątku przyniesie na koniec coś złego, z pewnością się zdarzy, ale nadzieją należy się zajmować na bieżąco i odnosić ją do teraźniejszości, ponieważ nieśmieszna w ogóle zabawa z przyszłością polega na tym, żeby nie była rozczarowująca, żeby dowiodła, że dotarliśmy do niej doskonalsi. A na to nic nie ma większego wpływu niż decyzje podejmowane w danej chwili, teraz.

             Opowiedział im taką przypowieść: Ktoś miał w swojej winnicy drzewo figowe. Gdy przyszedł szukać na nim owocu, nic nie znalazł. Powiedział więc do ogrodnika: Już od trzech lat przychodzę szukać owocu na tym drzewie, a nie znajduję. Wytnij je! Po co jeszcze wyjaławia ziemię? Lecz on mu odpowiedział: Panie, pozostaw je jeszcze na rok. Ja okopię je i obłożę nawozem. Może zaowocuje. A jeśli nie, wtedy je usuniesz[2].

            Jest jeszcze czas. Dopóki żyjemy, możemy żyć lepiej. Jak długo trwamy, możemy się doskonalić. A jest tyle zaniedbań w naszym zyciu, tyle rzeczy, które by można w sobie dla innych poprawić...

Odznaczamy się straszną lekkomyślnością, sądząc, że mamy jeszcze dużo czasu. I nie chodzi tu o żadne umartwianie się czy zadręczanie, tylko o mobilizację do działania. Jeżeli wiemy, że mamy spotkanie o 10:00, to odpowiednio wcześnie wyjdziemy, a jeśli wiemy, że ono kiedyś tam ma być, to tak sobie tłumaczymy, że kiedyś tam na nie pójdziemy, w konsekwencji czego te spotkania albo się nie zdarzają, albo od wielkiego dzwonu – trochę niebezpieczne... Nie wiemy, czy mamy ten czas, a kto rozsądny może spać spokojnie, jeśli świadomie wydawaje pieniądze, których posiadania nie jest absolutnie pewien? Nie idzie się na zakupy, zanim się dostanie wypłatę... A zatem jest z tym czasem bardziej tak, jakbyśmy go nie mieli, niż mieli. Jakbyśmy wzięli życie w kredyt, który jest wciąż niespłacony. Powiem więcej, byłabym skłonna uwierzyć, że skoro tu jeszcze jestem, to pewnie dlatego, że jeszcze nie skończyłam robić tego, co mam widocznie do zrobienia. Więc szukam tego, szukam tego zajęcia...

Powiedzmy, że śmierć jest egzaminem z życia, a życie jest sesją. Może warto by się zdążyć nauczyć dobrze żyć, żeby dobrze umrzeć. Ale to jest jeszcze dość niewielki problem, że sami umrzemy. Gorzej jest przyjąć do wiadomości, że umrą inni. Gdy chodziłam na zajęcia i zdarzało mi się bywać w dużych grupach ludzi, z jakiegoś powodu przychodziło mi czasem do głowy, że wszyscy jak tam siedzimy, jesteśmy martwi in spe. To robi naprawdę duże wrażenie. Co więcej, pomaga nabrać na nowo życzliwości nawet dla ludzi, do których zdążyło się już zniechęcić. I odwrotnie, idąc przez cmentarz, widziałam tych wszystkich ludzi, którzy zasnęli, jakby byli żywi. W strojach z różnych lat. Niektórzy rozmawiali ze sobą z wielkim zaangażowaniem, inni tańczyli, inni szli dokądś, ktoś siedział z nietęgą miną na swym grobie zamyślony, z głową wspartą na dłoni. Wszyscy oni myśleli kiedyś i czuli to, co my, chodzili do szkoły i pracy, gonili za szczęściem i za pieniądzem. I pewne rzeczy zdążyli zrobić, a innych nie.

Najgorsze ze wszystkiego jest chyba właśnie to, że nie tylko o sobie nie wiemy, kiedy ten koniec nastanie, ale również o innych. Idziemy do pracy i spodziewamy się zastać tam panią XX i pana XY, bo jej chcemy za wczoraj podziękować, a jego chcemy za wczoraj przeprosić. Otóż lepiej podziekować i przepraszać wczoraj za wczoraj, od razu. Wypadki nie potrzebują wiele czasu, żeby się zdarzyć. Samochód po uderzeniu staje w ogniu w krótkiej chwili i kierowca nie wróci do domu na kolację, od której miało się zacząć dziać lepiej w jego związku. Można trwać w dawnym błędzie, w nieaktualnym od lat uprzedzeniu i nigdy się nie dowiedzieć, jak wspaniałe ma się rodzeństwo. Można naprawdę nie zdążyć pokazać się komuś na jego zdrowe oczy –  wylanie sobie kwasu na twarz trwa moment i niczego już nie zobaczysz. Można nie zdążyć wryć się komuś w pamięć, zanim mu ją odbierze choroba Alzheimera, i można tego bardzo, bardzo żałować.

Jak zdążyć z tym, co jest ważne? Co w ogóle jest istotne, a co nie? Jak przekształcić codzienność, żeby umożliwić sobie zdanie egzaminu z życia? Każda gospodyni ma inne ciasto i inny piekarnik, które tylko ona zna, więc musi sama zdecydować. To jest jednak pewne: nie ma bardziej przykrego stwierdzenia niż „za późno” i nie ma stwierdzenia, które by niosło więcej nadziei, niż „jeszcze nie jest za późno”.

Powodzenia.

 


[2] Łk 13,6-9.

 

 

Wyszukiwanie

Kontakty

Memento mori > carpe diem

2010-05-26   15:55

 

Nie ma bardziej przykrego stwierdzenia niż „za późno”.

Bez względu na to, jak wiele czasu w życiu spędzimy u lekarza czy na klęczniku, naprawdę nie ustrzeże nas to od chorób ani nieszczęść tego świata. Warto by się więc może zastanowić nad tymi nieszczęściami i lepiej z nimi zapoznać, skoro już z pewnością nie uda nam się ich uniknąć.

Z nieznanych przyczyn, na skutek jakiejś niezmiernie mylnej logiki mamy tendencję do postrzegania ich jako kary, z którą nie mają raczej nic wspólnego. Powód, dla których ich doświadczamy, nie jest ulokowany w tym, co nazywamy przeszłością, ale w tym, co rozumiemy przez przyszłość. Nic nie dzieje się bez przyczyny, lecz wszystko w jakimś celu. Cel zaś musi być przed nami, bo nie da się zmierzać do tego, co ma się już za sobą.

            Jest w Biblii (wiem, znowu ta Biblia, ale naprawdę lubię tę książkę: jest to niezwykłe dzieło na każdy dosłownie temat) taki fragment: W tym samym czasie przyszli jacyś ludzie, którzy opowiedzieli Mu o Galilejczykach, których Piłat zabił, gdy składali ofiary. On im tak powiedział: Uważacie, że ci Galilejczycy, którzy to ucierpieli, byli większymi grzesznikami od wszystkich innych Galilejczyków? Otóż nie! [...] Czy uważacie, że tamtych osiemnastu, na których zawaliła się wieża w Siloe i zabiła ich, było większymi winowajcami niż wszyscy mieszkańcy Jeruzalem? Otóż nie! [...][1].

Można by sądzić, że hasło memento mori powinno się kojarzyć z biczowaniem, lamentem, skruchą i zadumą nad marnością losu. Niewykluczone, że w niektórych wypadkach z tym się właśnie wiąże, ale nie po to należałoby pamiętać o śmierci, żeby zapomnieć o życiu...

Warto mieć na uwadze, na przykład, że się wstawiło ciasto do piekarnika i że za jakiś czas (znany w przybliżeniu, różny odrobinę dla każdego piekarnika i ciasta) trzeba je będzie wyjąć, bo się spali i z deseru nici. Zazwyczaj czuwamy więc cały czas pieczenia, podoglądamy przez szybkę, zauważamy, gdy zaczyna pachnieć, sprawdzamy patyczkiem i nie zapominamy wyjąć, prawda? Bo po to je przecież pieczemy, żeby mieć dobre ciasto, a nie węgiel i smród spalenizny w domu.



[1] Łk 13,1-5.

 

Niech żyje wolność słowa!

Nie znaleziono żadnych komentarzy.