List do Chrześcijan

2010-05-21 14:58

Chrześcijanie,

 

którzy mamy za Boga czystą Miłość, Chrześcijanie, cierpimy na tak wiele obrzydliwych chorób... Nasz kościół przywodzi na myśl historię niejakiego Doriana Graya, mistyczne ciało Chrystusa dotknięte jest ukrywanym trądem i nie ma w tym nic dziwnego, że – może nie zdrowi, ale pewnie zdrowsi – się od nas odsuwają... Kto by się tym chciał zarazić...

Często słusznie nas obrzucają błotem jako grupę społeczną, której odpowienią opinię wystawiają odpowiednie jednostki... Nie spadłaby nam może z głowy korona (przyjmijmy, że – na podobieństwo – cierniowa, żeby pozostać w naszej ulubionej quasi-męczeńskiej atmosferze), gdybyśmy czasem skierowali działo wymierzane na co dzień w „pogan” w samych siebie i zadali sobie szczerze, głęboko w komorach i przedsionkach naszych serc proste pytanie, czy jesteśmy na pewno bez winy, które postawiono niegdyś rwącym się do kamieniowania[1]. Nie znajdzie się raczej nikt, kto by miał czelność powiedzieć: Tak, ja jestem czysty jak łza. W końcu fakt, że mamy coś na sumieniu, potwierdzamy sami, przychodząc do konfesjonałów, choć obawiam się, że zazwyczaj podobnie do tzw. wierzących-niepraktykujących raz na ruski rok[2]. No to spojrzeliśmy trochę prawdzie w oczy. Ale zadawanie pytań jest mądrzejsze od niezadawania pytań, więc pytajmy dalej.

– Czy nasz Bóg nie jest Miłością?

– Tak.

I dalej.

– Czy nie mieliśmy Go naśladować?

– Tak, powiedział, byśmy byli święci, jak i On jest[3].

Nie, tu nie powinny się nam jeszcze wyczerpać te pytania.

– A co robimy?

I niech każdy pomyśli swoją odpowiedź, przebiegnie myślą swoje poczynania, niech ją każdy wypowie głośno we własnym wnętrzu, tak że zadrżą od jej brzmienia żyły i mięśnie, tę odpowiedź, którą poza nimi usłyszy tylko Bóg. I niech się każdy głęboko zawstydzi, tak że kości odczują ciężar tego wstydu i spłyci mu się oddech, jakby go przywalił potężny głaz. Mieliśmy się kochać[4], a nienawidzimy się. Mieliśmy jeden drugiego brzemiona nosić[5], a przysparzamy ich jeden drugiemu. Mieliśmy nie pamiętać sobie nawzajem złego[6], a czym jest bardziej przepełniona nasza codzienność, jak nie wypominaniem i czynieniem wyrzutów z powodu spraw, które już minęły, a w dodatku dość często były bez znaczenia? Mieliśmy przebaczać drugim to, czym wobec nas zawinili[7], ale wolimy wymierzać im kary, jakbyśmy mieli do tego prawo. Jesteśmy tylko ludźmi i często źle postępujemy, jedni może gorzej od innych, ale czasem wszyscy po prostu niewłaściwie. Przynajmniej z tego względu moglibyśmy sobie wzajemnie darować pewne rzeczy...

Wypadałoby jednak rozóżnić przy tym potępianie i napominanie. Otóż z tym ostatnim sprawa ma się następująco: powinno służyć wyłącznie neutralnemu, pozbawionemu pogardy przypominaniu sobie nawzajem o pewnym wzorcu, do którego chcemy się odnosić, figurze o określonym kształcie, którą chcemy wyciosać z bryły siebie. Po to to ma być, abyśmy się nie zapadli głębiej w nasze dawne błędy, dając początek nowym, abyśmy nie przestali rozpoznawać w sobie dzieci Bożych, wreszcie – abyśmy (przez to) nie pomarli[8]...

Ach, zacznijmy od spojrzenia na siebie samych i przyjrzyjmy się dobrze, i nie zapomnijmy nigdy tego widoku, ponieważ te same wady spotkamy u innych. Zapamiętać je należy nie po to jednak, by wytępić bezwzględnie u innych, ale by, mając je w pamięci, móc być pobłażliwym, móc okazać miłość i wyrozumiałość tym, którzy je popełniają, bo są ich niewolnikami i ta niewola czyni ich dostatecznie biednymi, by nie należało ich już bardziej poniżać. Bóg zresztą nie potępia i nie poniża[9], czemu więc my mielibyśmy to robić? Takie rany tylko miłość może uleczyć, grzechy zaś (czy jakkolwiek to nazwiemy, proponuję nie spierać się bezsensownie o terminologię) są ranami śmiertelnymi, jeśli się je pozostawi bez lekarstwa. Nie umniejszajmy już własnej godności i siły, ale wzrastajmy w nich. Nawet jeśli niedomagamy, to przecież „moc w słabości się doskonali”[10]. I czy nasz grzech ma być powodem, dla którego nie podamy ręki komuś drugiemu? Podajmy ją, wyciągnijmy tę cholerną rękę, za darmo dodam, gdyż wszyscy cierpimy na tę samą chorobę, a już tutaj jedni drugim możemy nieść lekarstwo. Nie przysparzajmy sobie trosk, nie powiększajmy naszych cierpień, ale uśmierzajmy je, póki możemy to czynić. Prawda, że niejednokrotnie nie starcza nam sił na zwalczenie własnej słabości, ale może starczy nam ich na umiłowanie bliźniego, czyli na niepogrążanie go w chorobie, która i nas trawi. Okazujmy więc wyrozumiałość i bądźmy cierpliwi. Kiedy sprawiają nam ból, znośmy go wytrwale i bez gniewu ani żądzy zemsty, gdyż i my sprawiamy go innym, nawet jeśli nie wiemy o tym. Kiedy nas okradają, nie przeklinajmy złodziei, gdyż nie do nas należy ich osądzanie, choćbyśmy i byli niewinni jak dzieci, a przecież nie jesteśmy, i choćbyśmy nie zasłużyli na tę kradzież, choćbyśmy nigdy niczego nie ukradli, na pewno zrobiliśmy co innego, co kładzie cień na naszej niewinności. Bogu zostawmy sąd, sami zaś zdobywajmy się tymczasem na nieskomplikowaną miłość i empatię. Pomyślmy, że człowiek, który nas okradł, cierpi, skoro rani innego, ponieważ nikt nie krzywdzi, kto nie jest skrzywdzony. Pomyślmy, że swoim czynem pomnożył ciężar, który zalega na jego sercu. Pomyślmy wreszcie, że szkoda nasza, nawet jeśli jest wielka, pozostaje niczym w porównaniu ze szkodą, jaką poniósł nasz oprawca, choćby i o tym jeszcze nie wiedział, choćby się nawet za życia nigdy nie zorientował! A nadto pomyślmy, że być może właśnie wie. I tak dużo gadamy o tym modleniu się za innych, ale modlimy się naprawdę? Naprawdę? A nawet jeśli czasem nam się zdarza, to czy to są modlitwy za cudze dobro a nie nasze własne jednak głównie? Gdybyśmy to robili rzeczywiście i jak należy, już by nie było od dawna powodów naszych narzekań... Może więc, dla odmiany, pomódlmy się za niego, gdyż najwyraźniej potrzebuje naszej modlitwy, skoro popełnia takie czyny, i niech to będzie czysta modlitwa, dobru służąca, niech będzie gestem miłości, a wówczas wyleczy i nas, którzy zostaliśmy skrzywdzeni, i przysłuży się temu, kto nam wyrządził krzywdę. Bo Miłość jest lekarstwem i nie oszalałam: miłość powszechna nie jest żadną utopią... Oto cud, który możemy stwarzać zawsze i wszędzie, gdzie jesteśmy. Wszyscy możemy więc być cudotwórcami, ale zazwyczaj nie chcemy... Zechcijmy! Quod nolunt velint[11]! Pracujmy nad tym, by nie bolała nas strata, a nie nad tym, by drugiego zabołała nasza zemsta, żeby była dotkliwa i pamiętna. Sądząc po Piśmie Świętym, nie tego sobie życzy nasz Ojciec niebieski. Jeśli tylko możemy dać – obdarowujmy. Jeśli tylko potrafimy zapomnieć zło – zapominajmy je. Słowem, bądźmy święci, kiedy tylko jesteśmy w stanie być świętymi. Warto by jeszcze może mieć przy tym na względzie, że nie ma jednakowego dla wszystkich minimum, które należy osiągnąć, by być świętym: każdy ma inne. Jeśli, na przykład, miałam sto możliwości postąpienia słusznie, na przykład zaniechania zemsty, powściągnięcia gniewu, zamilknięcia w celu niewypowiedzenia słów niosących z sobą ból, niedopuszczenia się przewiny, której łatwo ulegam i tak dalej, a postąpiłam słusznie zaledwie dziesięć razy, choć byłam świadoma wszystkich stu okazji, to nie poszło mi zbyt dobrze... Jeśli jednak świadoma byłam tylko dziesięciu, choć miałam sto, i w tych dziesięciu postąpiłam tak, że Ojcu się podobało, to byłam święta, dałam bowiem wszystko, co mogłam dać, tak jak mnie nauczono, jak ta wdowa, która oddała jedyny posiadany grosz[12], mimo że w dziewięćdziesięciu przypadkach postąpiłam w sposób niegodny Bożego dziecka. Bóg jednak kocha, czyli przebacza. A napisano: Stańcie się litościwi, jak Ojciec wasz niebieski jest litościwy[13].

 

K. Noc spokojną i śmierć szczęśliwą niech nam da Bóg wszechmogący, Ojciec i Syn, i Duch Święty.

W. Amen.[14]


 

 


[1] Vide J 8,1-11.

[2] A propos: https://www.katolik.pl/index1.php?st=artykuly&id=802.

[3] Bądźcie święci, bo ja jestem święty, Jahwe Bóg wasz (Kpł 19,2; por. 11,44n; 20,7; Wj 22,30), cytowane w NT 1 P 1,16; Będziecie więc doskonali, jak Ojciec wasz niebieski jest doskonały (Mt 5,48).

[4] Vide J 13, 34-35.

[5] Vide Ga 6,2.

[6] Vide 1 Kor 15,5.

[7] „Jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”, Mt 6,12.

[8] Vide Rdz 3,2-3.

[9] Jak choćby J 8,11.

[10] 1 Kor 12,9.

[11] Niech zechcą, czego nie chcą. Seneca, Thyestes, v. 210.

[12] Vide Mk 12, 41-44.

[13] Łk 6,36.

[14] Alternatywa: K. Niech nas błogosławi i strzeże Bóg wszechmogący i miłosierny: Ojciec i Syn, i Duch Święty, a pokój Pański niech zawsze będzie z nami. W. Amen.

Jest to formuła kończąca Kompletę, czyli ostatnią modlitwę każdego dnia, w Liturgii Godzin (Brewiarzu).

 

Wyszukiwanie

Kontakty