Dosyć ma dzień swojej biedy

2010-05-28 10:10

Cd.

Wciąż jednak byłam zamknięta w domu jak w więzieniu, nigdzie nie mogąc wyjść, bo co wyjście, to wydatek, a jednak niezmiernie potrzebowałam tego wytchnienia. I wtedy (na stopie neutralnej) poznałam kolejnego Kogoś, kto mnie zaczął co jakiś czas zabierać na kolację (nie randkę) do jakiejś restauracji, której progu bez niego nigdy bym nie przekroczyła. Potem pozwoliłam sobie chwilę pomarzyć przy półce w Rossmanie, wskutek czego zachorowałam na pewną wodę toaletową, która obiektywnie kosztowała wprawdzie niewiele, ale i tak o całą tę kwotę subiektywnie za wiele. Pomysł był zresztą totalnie absurdalny: jak można myśleć o wodzie toaletowej, kiedy się ma ledwo na utrzymanie? Niestety, kobieta potrafi. A wtedy ten człowiek wybrał mi i kupił ze cztery razy droższą i piękniejszą perfumowaną w Sephorze... I muszę powiedzieć, że ja sama bym sobie lepiej do mnie pasującej nie wybrała. Ilekroć dobiega mnie ten zapach, od razu czuję się piękna i zdolna do tego, co chcę robić. Czy można dać komuś lepszy prezent niż dobre samopoczucie na co dzień?

Charakter pracy zmienił się w międzyczasie: zrobiła się tak izolująca, nieregularnie płatna, wyczerpująca fizycznie i intelektualnie, że nie mogłam tak dłużej i zaczęłam szukać nowej. Jak już wspomniałam, wykształcenie predysponuje mnie do kopania rowów, co dano mi (oraz osiemdziesiątce innych skazańców) do zrozumienia na początku pierwszych zajęć na studiach. I wtedy, gdy nie mogłam jakoś znaleźć niczego, na co przystałabym zarówno ja, jak i mój niedoszły pracodawca, zostałam przez kolejnego Kogoś ponownie zgarnięta z ulicy via wspomniana strona. I nie mogłam, doprawdy, nie mogłam lepiej trafić, chociaż kręcono wokół mnie głowami i pytano ze śmiechem, co ja niby mogę robić w firmie wdrożeniowej... Mniejsza o to, co to było – znalazłam, czego szukałam, i chyba udało mi się dać, czego potrzebowano. Krótko potem zaszła konieczność zmiany mieszkania, co mnie nieco przerażało, ale – ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu – dosyć sprawnie znalazł się Ktoś (z uczuleniem na kota) i przyjął mnie do domu (z tym kotem) bez żadnych zbędnych komplikacji... Niemal na piękne oczy. I tak oto zaczęłam mieszkać 5 min. od miejsca pracy. Mogło mi się bardziej poszczęścić? Mógł mi się zaraz nie popsuć komputer (nieosiągalny wydatek), który niemiłosiernie katowałam, więc miał prawo, a bez którego zapewne nie rozwinęłabym najwspanialszego w życiu związku, który ostatecznie przeprowadził mnie za granicę. Ale kiedy się popsuł, Ktoś polecił mi odpowiedni, a inny Ktoś mi go kupił, i to jeszcze w zdobionej wersji. I tak dalej, i tak dalej... Chciałam tylko dać jakiś przykład...

Można oczywiście powiedzieć, że wszystko to zbiegi okoliczności, przypadki, co nie wątpię, że uczynią wszyscy, którzy się boją czy nie chcą pomyśleć inaczej. Ale ja byłam w tych wszystkich sytuacjach, odczuwałam to, jak bardzo były beznadziejne (wszakże tylko umęczony zna swą nędzę[1]), i patrzyłam z niedowierzaniem i zachwytem, jak każdorazowo wychodziłam z nich cudzą pomocną, obronną ręką.

Kiedy więc myślę o tych i tym podobnych zdarzeniach, choć przeczytałam sporo książek, nie znajduję nic lepszego niż to: Nie troszczcie się zbytnio o swoje życie, o to, co macie jeść i pić, ani o swoje ciało, czym się macie przyodziać. Czyż życie nie znaczy więcej niż pokarm, a ciało więcej niż odzienie? Przypatrzcie się ptakom w powietrzu: nie sieją ani żną i nie zbierają do spichrzów, a Ojciec wasz niebieski je żywi. Czyż wy nie jesteście ważniejsi niż one? [...]? A o odzienie czemu się zbytnio troszczycie? Przypatrzcie się liliom na polu, jak rosną: nie pracują ani przędą. A powiadam wam: nawet Salomon w całym swoim przepychu nie był tak ubrany jak jedna z nich. Jeśli więc ziele na polu, które dziś jest, a jutro do pieca będzie wrzucone, Bóg tak przyodziewa, to czyż nie tym bardziej was, małej wiary? Nie troszczcie się więc zbytnio i nie mówcie: co będziemy jeść? co będziemy pić? czym będziemy się przyodziewać? [...] Przecież Ojciec wasz niebieski wie, że tego wszystkiego potrzebujecie. Starajcie się naprzód o królestwo i o Jego sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane. Nie troszczcie się więc zbytnio o jutro, bo jutrzejszy dzień sam o siebie troszczyć się będzie. Dosyć ma dzień swojej biedy[2].

Jak to mówiła kiedymoja koleżanka, Pan Bóg kocha. Ja dodam jeszcze, że trzeba tylko dwie rzeczy powtarzać na zmianę: Bądź ze mną, Panie, w moim utrapieniu (jak to responsum na zwrotki 91. psalmu) i Wszystko mogę w tym, który mnie umacnia[3]. Oto cała filozofia spadania zawsze na cztery łapy. Czemu to należy mówić? Bo jest na tyle dobrze, że co jest nasze, samo do nas przyjdzie, ale nie ma aż tak dobrze, żeby przyszło niepoproszone.

Rozmiłowany w człowieku renesans miał minąć już jakiś czas temu, ale my chyba zawsze i od wszystkiego będziemy woleli nasze mózgi – ciasne, ale własne...

 

 


[1] ST, "Odpowiedź Hioba", Hi 6.

[2] Mt 6,25-26 i 28-34.

[3] Flp 4,13.

 

 

Wyszukiwanie

Kontakty

Dosyć ma dzień swojej biedy

2010-05-28   10:00

Zdarzało mi się doświadczać czegoś na kształt litości i pogardy, i pobłażliwości, z jaką traktuje się ludzi niespełna rozumu i dzieci. Wielokrotnie patrzono na mnie z niedowierzaniem i zdziwieniem, które byłyby uzasadnione, gdybym się rzeczywiście przed chwilą urwała z choinki albo spadła z Księżyca. Ale ja nie tylko jestem przy zdrowych zmysłach (choć jakże chciałam od nich czasem odejść!), lecz także nie oderwałam nóg od ziemi (jakkolwiek, owszem, chadzam z głową w chmurach). I zastanawia mnie od lat, skąd się bierze w ludziach skłonność do negowania tego, czego nie wypróbowali. Wydaje się, że trzeba zarabiać dużo pieniędzy, żeby coś mieć? Nie, nie trzeba. Wydaje się, że trzeba mieć jakąś pozycję, żeby mieć głos, którego ktoś posłucha? Nie trzeba.

Podobno wszystkim rządzi pieniądz i – niemalże – kto go nie ma, tego nie ma. Otóż bywało różnie z tymi pieniędzmi, głównie się ich jednak nie miało, zwłaszcza w obfitości się ich nie miało. Mimo to jednak, zawsze „samo” przychodziło to, co było potrzebne. Zawsze pojawiał się znany lub nieznany dotąd dobroczyńca, który mi to dawał, z bliżej nieokreślonych przyczyn i za darmo, a bywało to naprawdę dużo.

Plan zajęć na studiach był taki, że dojeżdżając spod miasta nie dałabym sobie rady – Ktoś dał mi pieniądze na komputer, a inny Ktoś przyjął mnie do swego domu, a potem pozwolił mi mieszkać prawie za darmo w tym, którego remont podjął w danej chwili z myślą o własnym dziecku. Wkrótce nie byłoby mnie jednak i na to stać, więc potrzebowałam pracy, ale specyficznej, bo miałam wymagające studia i nie miałam właściwie czasu ani pracować, ani dojeżdżać do pracy – Ktoś mi ją dał w miejscu odbywania studiów, właśnie mnie spośród tylu studentów, choć nawet ja nie miałam wówczas pojęcia, że dokładnie tego potrzebuję, ani jak bardzo. Ale niebawem trzeba było zmienić mieszkanie i znalazł się Ktoś, kto ze mną wynajął coś nowego. W związku z tym wzrosły wydatki, przestało wystarczać i umarłabym pewnie z głodu w tym moim ukochanym mieście z moim absurdalnym niepełnym wykształceniem i zerem doświadczenia, ale znalazł się Ktoś, kto mi w biegu i chyba tak sobie podesłał adres pewnej strony, z której inny Ktoś zgarnął mnie jak stałam z ulicy na pewien staż, czym umożliwił mi nie tylko dokształcenie się, ale i przeżycie.

Oprócz tej katorżniczej pracy potrzebowałam jednak jakiejś radości, więc mimo mnóstwa problemów (w tym szczególnie tu znaczących finansowych, których nie rozumieli już/jeszcze moi najlepsi przyjaciele) przygarnęłam kotka, o którym wszyscy z drwiną mówili, że jeszcze tego mi brakuje, jakby nie starczał mi ten w głowie. Ale nie mylili się, paradoksalnie dokładnie tego mi było trzeba! Nie byłam ani pewna, ani spokojna o nasze utrzymanie, kiedy ją przyjmowałam, i nie wiedziałam dokładnie, czemu to robię. Ale szybko mi pokazała, że wcześniej byłam bardzo smutnym człowiekiem... To właśnie ten kot (sic!) przywrócił mi spokój i uśmiech, które mi pomogły w dalszym życiu.