Anonimowość-bezosobowość

2010-05-26 10:35

 Cd.

Wydaje się, że to całe „niebezpieczeństwo” polega tylko na tym, że jest się samemu za siebie odpowiedzialnym. Co zaś za tym idzie, to nie z ramienia żadnej organizacji, ale samemu trzeba będzie za siebie przepraszać, występować o to, co się pragnie uzyskać, i dziękować za wyświadczone dobro. Do popełniania błędów także mamy jednak prawo i to prawda, że ich nie popełniają tylko ci, którzy nic nie robią. Czy ta odpowiedzialność jest aż tak wysoką ceną, że wielu woli odpuścić wyrażanie siebie, niż ją płacić? Nie wiem, z jakiej racji mielibyśmy rezygnować z nas samych. Co jest złego w głośnym komentowaniu? (Btw. wszystko, co mi o tej stronie powiedziano, zrobiono prywatnie, mimo że umożliwiłam zrobienie tego publicznie). Przecież wolno nam śmiać się z żartów, które nie śmieszą innych, wierzyć w rzeczy, w które nie wierzą inni, i zadawać się z ludźmi, których większość nie poważa.

        Czemu mielibyśmy nie wychodzić poza nasze pokoje i szuflady? Czemu poza tą zamkniętą, bezpieczną przestrzenią wolimy udawać kogoś, kim tylko moglibysmy być, ale nie do końca jesteśmy? Jak to się dzieje, że ludzie są tak zastraszeni, i przede wszystkim, czego oni się tak boją??? Oczywiście, nie wszyscy mają potrzebę wypowiadania się, ale przecież większość ludzi jednak się wyraża, tylko robią to tak, jakby poruszali wargami bez wydawania głosu lub jakby wydawali głos, pokazując wyłącznie te wargi. Wszystko anonimowe, żadnej odpowiedzialności. Anonimowe ankiety, tymczasowe nicki na czatach, prawie żadnych zdjęć twarzy na portalach tematycznych –jeżeli wypowiadamy się poważnie, niczego, co można by z nami skojarzyć, jak ludzie-duchy... A z wiekiem zaczynamy grać wyznaczone sobie role. Oto będziemy teraz matkami, dyrektorami, księżmi, wykładowcami, poważnymi ludźmi i to a to nam nie wypada. Tego a tego nie przestaniemy jednak zwykle robić, bo jest to integralną częścią naszej natury, tylko zaczniemy to przemilczać ze wstydu: nie będziemy już biegać intelektualnie nago jak dzieci fizycznie. Tylko czy to dalej jesteśmy my, na których inni patrzą? Czy to nas znają rzeczywiście nasi znajomi? Obawiam się, że Mark Twain miał rację (vide cytaty)... A najlepsze z tego wszystkiego jest, moim zdaniem, to, że mimo takiego postępowania mamy do świata pełne goryczy pretensje o nierozumienie i wyobcowanie i zamykamy się jeszcze szczelniej w tych szufladach i pokojach. A jakim cudem mielibyśmy być rozumiani, skoro zazwyczaj wybieramy jedną z dwóch postaw: albo niczego o sobie nie podajemy do wiadomości ani nie tłumaczymy, żyjąc jak cienie samych siebie, albo to robimy drugim, którzy wolą żyć otwarcie jako oni, co nam by nie było miłe?

        Ktoś mi kiedyś powiedział mądrą rzecz: jeśli człowiek nie ma odwagi podpisać się pod własnym listem, nie zasługuje na to, by mu odpowiadać. Podobnie, choćby miał w szufladzie piękny list, nikt się tego nie domyśli bez jego własnego aktu ekshibicji. Kto nie ryzykuje, ten nic nie ma. Jeżeli piszemy do świata list w ukryciu przed nim, ze strony którego potrzebujemy akceptacji, kopiemy grób własnemu szczęściu. Zręsztą, załóżmy nawet, że nadawca, zdobywszy się na odwagę, otrzyma druzgocące odpowiedzi na swój list i straci wszystko, co pragnął zyskać (czyli jedynie nadzieje na pozyskanie, bo przecież nikogo jeszcze nie zdążył zdobyć), o ileż będzie miał lepiej, bo przynajmniej będzie cierpiał to samo niezrozumienie i tę samą alienację (co dotąd) z zasłużonego powodu, tzn. na przykład wskutek tego, co rzeczywiście napisał i wysłał, nie absurdalnego, tzn. za to, co przemilczał...

 

 

Wyszukiwanie

Kontakty

Anonimowość-bezosobowość

2010-05-26 10:20

Nie mogę się nadziwić, jak wielu ludzi rezygnuje z ujawniania własnej tożsamości. Bo owszem, uważam, że publiczne przyznawanie się do siebie, czyli do swoich poglądów, jest ważnym aspektem tego, kim jesteśmy i kim się staniemy (bardzo często właśnie konfrontacja, dobrowolne wystawienie się na ocenę i krytykę jest drogą do dostrzeżenia i naprawy tego, co w nas i naszych dziełach nie działa, słowem, do stania się lepszymi). Przyznam nawet, że mnie to trochę denerwuje. Niby wszyscy wiedzą, że nikt nie jest doskonały, ale jakże się każdy boi okazać niedoskonałym! A co się takiego właściwie stanie, jeżeli coś nam się publicznie nie uda? Otóż nie stanie się nic wielkiego, dopóki podchodzimy do tego ze zdrowym dystansem i słuszną (zawsze) pokorą.

        Nie wiem, czy jest w tym postępowaniu więcej pychy, czy wstydu za siebie, którego – nota bene – nie wiadomo przecież nawet (co za absurd!), czy się aby na pewno należy wstydzić, bo się tego nie miało cywilnej odwagi sprawdzić...

        Dlatego pychy, że zachowujemy się niekiedy, jakbyśmy sądzili, że cały świat nie ma nic lepszego do roboty, tylko na nas patrzeć i gdy się ośmieszymy, od razu o tym napiszą w Gazecie Wyborczej. Co za bzdura... Najpewniej niemal nikt tego nie zauważy, bo ludzie mają w zwyczaju niezwracanie na siebie wzajemnie uwagi. A nawet gdyby to ktoś dostrzegł, nawet gdyby napisali o tym na Onet.pl, nawet gdyby wyśmiano nas i wytknięto palcami, upokorzono, nazwano głupkami czy świrami, popukano się w głowę i odsunięto od nas – co z tego? Nic. Nic z tego, dopóki nikomu (zwłaszcza umyślnie) nie wyrządzamy szkody, a nie o negatywach tu myślę, tylko o wartościach, z którymi chowamy się przed światem, najczęściej udostępniając ludziom, których spotykamy, standardowy pakiet naszych cech, bo na dostęp do pakietu premium to nikogo nie stać. Nikt nie jest godzien. Dość przykre.

        Czy to przez możliwość odrzucenia nas potencjalni odbiorcy, nawet tego faktu (o zgrozo!) nieświadomi, otrzymują nasze przemilczenia i cząstkowość? Nie podzieliwszy się z nimi, tylko my znamy przecież prawdę, czyli sami siebie negujemy i odrzucamy, nie chcąc się do siebie przyznawać. Na marginesie, prawdziwy przyjaciel ani nas nie zostawi, ani nas nie zmusi do odejścia, a kto nie chce nas poznać i/lub przyznać nam wartości, tego nie pozyskamy, choćbyśmy sobie wypruli flaki (bezsensowna by to zresztą była ofiara). A jednak rezygnujemy z prawa do bycia sobą w pełni na co dzień, które jest dla wszystkich takie samo. Dlaczego się tak dzieje, że niektórzy wolą się wtapiać w milczącą lub wrzeszczącą masę tylko po to, żeby w niej być bezpieczni, tzn. nienarażeni na dezaprobatę? Czy tak niebezpiecznie być sobą?

Niech żyje wolność słowa!

Nie znaleziono żadnych komentarzy.